Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Phishy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Phishy. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 września 2014

Phishy #7

Wiecie, co mnie najbardziej przeraża w studiach doktoranckich?
Biurokracja.
Z każdym zasranym papierkiem trzeba latać po podpisy od wszystkich świętych. A nie daj bogi i boginie jak jeździsz za uczelnianą kasę na konferencje - rozliczanie się z tego to przyjemność tylko dla masochistów.
Jedna faktura wlokła się za mną od LUTEGO. Już mnie nawet kwestura ścigała. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że najpierw mi faktury cofnęła sama kwestura, później zamówienia publiczne, a potem nie było wszystkich swiętych do podpisów.
Ale - dziś zebrałam się w sobie i okazało się, że podpisy konieczne zebrane i można zanieść śmierdzące jajo do kwestury.
Rozliczyłam tym samym rok aktywności konferencyjnej.
MAM Z GŁOWY. I jadę do Turcji grzać zadek na plaży.

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Phishy #6

Fobia telefoniczna - wiele i wielu z nas zna z doświadczenia. Musisz gdzieś zadzwonić. Patrzysz na telefon, telefon patrzy na ciebie. Mierzycie się wzrokiem chwilę tylko po to, żeby w końcu człowiek zrezygnował. Przecież to nierówna walka.

Ja dziś telefonicznie załatwiłam dwie sprawy. Co prawda, jednej nie mogłam wcześniej, bo pani sekretarka urlopowała, ale druga wisiała nade mną od lipca. I okazało się, że trafiłam na panią miłą i chętną do pomocy. Nie muszę czekać do września na lektorkę angielskiego (nie wpisała mi oceny do indeksu), a wystarczy, że podejdę do sekretariatu centrum językowego i mam szansę mieć wpisaną ocenę jutro. I wystarczył jeden telefon. Jeden.
Zresztą, jak mnie czasem fobia telefoniczna dopada, powtarzam sobie, że przecież w ryj nie dostanę, jak zadzwonię. I to dobre ćwiczenie do erpegów. Udawanie kogoś pewniejszego siebie, niż jest się w rzeczywistości. ;)

Dwie "scary things" do wpisania na dziś. Jutro czeka mnie wycieczka na uczelnię i kolejna z rzeczy do pokonania: rozliczenie faktur pokonferencyjnych.

środa, 13 sierpnia 2014

Phishy #5

Odkładałam, zgubiłam skierowanie, ale w końcu poszłam.
Pierwsza mammografia.
Mam 34 lata, jestem w grupie ryzyka, na badania kontrolne grzecznie biegam co roku (zazwyczaj w okolicy moich urodzin, dobry zwyczaj i się nie "zapomina").
A Wy kiedy ostatnio robiłyście/robiliście badania kontrolne?

czwartek, 7 sierpnia 2014

Phishy #4

Po co ja mam mieć trenera - wystarczy zadzwonić do Babci Basi i ona powie: "nie ma co jojczyć i stękać, z tego niczego nie będzie, trzeba się za siebie wziąć i nad sobą pracować" - skomentowała swoje problemy z kolanami.

Tak napisałam na blabie i tego trzymać się będę. 
Moja Babcia, lat 80, przyznała mi się dziś, że zaczęły jej drętwieć nogi i ma zwyrodnienie kolan. Opowiadała mi, że pierwsze dni po tym, jak upadła, chodziła z taboretem, potem kupiła kule, a po lekach i maści "prawie przechodzi" i jest już lepiej, bo może się poruszać. Czyli w przełożeniu na nasze: zapiernicza na działeczkę jak chomik w kółku. 
I tak mnie naszło: moje uciekanie przed pracą konieczną jest głupie. Moja Babcia, która już nic nie musi, sama mobilizuje się do działania. Bo jak człowiek siedzi w miejscu (albo stoi czy leży), to umiera. 

Zatem bez jojczenia i stękania zabrałam się dziś do przygotowania konspektu dysertacji, który potrzebny mi do otwarcia przewodu. A odkładałam to od roku (wstyd przyznać, ale jak ma boleć, to niech mnie boli).

Bo co ja powiem wnuczce/wnukowi, jak będę miała 80 lat? 

PS Nie zlicza mi postów!

poniedziałek, 7 lipca 2014

Phishy #3

Ostatni mój post był w maju. Mamy lipiec.
Kręcenie się za własnym ogonem w toku. Mam długą listę "to do", a mało chęci na cokolwiek. Łatwiej mi się cieszyć z nadchodzącego wyjazdu na wieś. A powinnam pisać. Bo artykuły, bo do końca sierpnia chcę zamknąć w 90% rozdziały teoretyczne dysertacji.
I nie mam siły. Nie mam motywacji. I nie umiem jej znaleźć (pożycz ktoś? ;)). Mam wrażenie, że mnie blokuje to "POWINNAM". Jak przekuć "powinnam" w "chcę/umiem/potrafię/dam radę"? Ma ktoś jakieś rady?


Ale koniec marudzenia. W końcu ma być tu  o przełamywaniu strachów. Szukałam więc pozytywów ostatniego miesiąca i w sumie znalazłam jeden, ale za to dla mnie dość istotny - udało mi się przekonać do jednej rzeczy, do której namawiała mnie dietetyczka - krokomierza. Sprytna aplikacja na androida ("Moves") i wiem, ile dziennie przeszłam. W krokach i kilometrach. I to mnie motywuje.
Jest jakaś aplikacja, która motywuje do pisania?

poniedziałek, 19 maja 2014

Phishy #2

Mam wrażenie, że kręcę się w kółeczko za własnym ogonem.
Zapominam o drobiazgach, a niby robię sobie listy (żyję z listami od dawna, zawsze pomagały mi ułożyć sobie zadania). .
Przede mną intensywny koniec maja - mam do napisania trzy artykuły pokonferencyjne. Plus uwagi do publikacji, która może da mi 20 punktów. Bycie doktorantką w dzisiejszych czasach przejawia się zbieraniem punktów, żeby mieć dodatkowe stypendium. Na razie uzbierałam ich 26 (pięć konferencji plus cztery artykuły). Z jutrzejszą konferencją będzie 28. Moim znajomym ekonomistom wystarczy napisać trzy artykuły, żeby mieć 24 punkty... Nic to, zaciskamy zęby i pracujemy.
Jeśli chodzi o chirurga - muszę sprawdzić, ile będzie mnie to kosztowało i czy można ewentualnie zrobić to na NFZ (moje ubezpieczenie nie obejmuje usuwania zmian). Na razie jednak koncentruję uwagę na sprawach "naukowych". W tym tygodniu jeszcze badania krwi (dwa razy już przekładane), alergolog i badanie podwozia.
I cicho przyznam, że skoro nie stać mnie teraz na siłownię, to chociaż do biegania wrócę. Może jutro, o ile nie będę padnięta na pysk po konferencji.
Z rzeczy dopingująco-przypominających: zainstalowałam sobie Wunderlistę na telefonie. Może i nie sprawdzałam na razie wszystkich jej możliwości, ale samo zapisywanie zadań w odpowiednich kategoriach czyni mi dobrze w głowę.
(Strasznie dużo tych "może").

poniedziałek, 12 maja 2014

Phishy #1

Kiedy słyszysz od ginekologa: "pani pokaże to dermatologowi, bo mi się to nie podoba", to wiedz, że coś się dzieje. No mnie też się nie podobało, ale zwlekałam z pokazaniem "tego" jakiś rok. No bo przecież nic nie boli. I co tam, ze jestem z grupy ryzyka, prawda.
W końcu nadszedł dzień wizyty u dermatologa - trądzik różowaty po trzydziestym roku życia to paskudna upierdliwość, trzeba czasem się u lekarza pokazać, szczególnie jak dochodzi do sytuacji, kiedy jedyne na co masz ochotę, to zdrapać sobie skórę z twarzy. I jak już obgadałam z panią dermatolog sprawy twarzowe, pokazałam znamiona na plecach, to zebrałam się na odwagę i pokazałam "to".
"To" okazało się niegroźną naturalną przypadłością. "Nic z tym nie robimy" orzekła pani doktor. "Ale z tym znamieniem pod prawą piersią pójdzie pani do chirurga".
I tak zeszło jedno z listy, a doszło kolejne. Stay tuned.