poniedziałek, 19 maja 2014

Magda #7

Założyłam fanpejdż i zaraz w głowie eksplozja - na pewno nikomu się nie spodoba, na pewno nikt nie polajkuje. Skąd się to bierze, do jasnej anieli? To nie są myśli, które są w stanie mnie powstrzymać, ale męczą jednak. I jak to z wewnętrznym sabotażystą bywa - utłuc nie da rady, trzeba się nauczyć zachowywać zen.

No to idę zachowywać zen i pisać, że jest taka akcja, żeby polubiać fanpejdż :)


piątek, 16 maja 2014

Perdo #5

Każdy dzień to wyzwanie - oddzwonić na nieznany telefon, zmierzyć się z problemem z obszaru, który jest słabością i na myśl o którym robi mi się zimno i zamarzam w bezruchu. Ale oddzwaniam, rozmawiam i nawet się umawiam na spotkania. Za każdym razem myślę, żeby o tym tutaj napisać, ale kiedy opadają emocje, to pamiętam tylko, że to było proste. I nie ma się nad czym rozczulać. Dobrze i źle. Dobrze, bo okazuje się, że wyzwania, które powodują chęć ucieczki, są do przebrnięcia. Źle, bo warto świętować sukcesy - nawet te małe, szczególnie, gdy ma się poczucie przegranej, a mózg i mięśnie pamiętają głównie stan obezwładniającego przerażenia przed istnieniem. Pławię się momentami w poczuciu ulgi i szczęścia, wolności, jaką daje życie bez lęku. A potem lęk powraca. Ale teraz jest gościem - częstym, męczącym, ale tylko gościem. A był domownikiem. W głowie rodzi się bunt. Coraz mocniejszy, uderzający we mnie falami. Bunt przeciwko braniu odpowiedzialności za wszystko. I kiełkujące poczucie, że warto zacząć się bronić. W moim przypadku - egoizm, to stan siły.

środa, 14 maja 2014

Zuzanka #2

Przy zakładaniu skarpet pękł mi paznokieć. Nie działał mi ipod. Mimo to założyłam buty, spodnie i bluzę. Słuchawki wpięłam w telefon, gdzie radio z najnowszymi hitami. I po raz pierwszy od trzech tygodni poszłam iść, zamiast patrzeć w lustro na nadmiarowe kilogramy. Jak nie teraz, to kiedy. Nawet biegłam kawałek. Dwa kawałki. Całkiem duże. Znacznie większe niż trzy tygodnie temu.

poniedziałek, 12 maja 2014

Phishy #1

Kiedy słyszysz od ginekologa: "pani pokaże to dermatologowi, bo mi się to nie podoba", to wiedz, że coś się dzieje. No mnie też się nie podobało, ale zwlekałam z pokazaniem "tego" jakiś rok. No bo przecież nic nie boli. I co tam, ze jestem z grupy ryzyka, prawda.
W końcu nadszedł dzień wizyty u dermatologa - trądzik różowaty po trzydziestym roku życia to paskudna upierdliwość, trzeba czasem się u lekarza pokazać, szczególnie jak dochodzi do sytuacji, kiedy jedyne na co masz ochotę, to zdrapać sobie skórę z twarzy. I jak już obgadałam z panią dermatolog sprawy twarzowe, pokazałam znamiona na plecach, to zebrałam się na odwagę i pokazałam "to".
"To" okazało się niegroźną naturalną przypadłością. "Nic z tym nie robimy" orzekła pani doktor. "Ale z tym znamieniem pod prawą piersią pójdzie pani do chirurga".
I tak zeszło jedno z listy, a doszło kolejne. Stay tuned.

Perdo #4

Załatwiłam 1 małą sprawę. Ale spotkałam się z kimś, komu jeszcze parę tygodni temu wstydziłam się spojrzeć w oczy, bo ubzdurałam sobie, że jest to osoba, dla której jestem ważna. A teraz nie tylko mam świadomość, że nie jestem ważna, a jeszcze mam poczucie, że za pewne zaniedbania i problemy jesteśmy WSPÓŁodpowiedzialne, a nie jest tak, ze to tylko moja wina. Malutkimi kroczkami do przodu

niedziela, 11 maja 2014

Magda #6

Zastanawiałam się, czy to pisać, czy pasuje. I kiedy zdecydowałam, że pasuje, nagle nie wiem czemu się w ogóle zastanawiałam. 

Drugi dzień szkolenia był wyzwaniem. W zasadzie samo pójście tam było wyzwaniem. Za bardzo rano, a ja co prawda wstaję o 8, ale budzę się o 12. Do tego wstałam w formie nie nadającej się do prezentacji publicznie, co było niestety widać. I jakby tego było mało: albo mam leniwy termometr, albo miałam niecałe 36 stopni. Z kwitnącego człowieka w zombie w 12 godzin :)

Czy wspominałam, że szkolenie było wspaniałe, cudowne, rewelacyjne, rozwijające, fascynujące, intrygujące, oszałamiające, olśniewające, pouczające, radosne, wzmacniające,  odkrywające... hyyy, skończył mi się oddech. Byłoby szkoda, gdyby mnie na nim nie było :)

sobota, 10 maja 2014

Magda #5

Bałam się sesji pokazowej. To bardzo niekomfortowa sytuacja: być klientem coachingu publicznie, bo nigdy nie wiadomo co się odkryje, jak bardzo głęboko to pójdzie.

Ale jak inaczej nauczyć "młode couche", niż pokazując im co to jest i z czym to się je. Ktoś musi iść na pierwszy ogień - padło na mnie.

Sesje pokazowe zawsze bardzo silnie strzelają mi w psychosomatykę, a ja z paszczą opuchniętą po wyrwaniu ósemki - jakie mogłam mieć nadzieje? Żadnych.

I dobrze.

Zupełnie nowe rzeczy odkryłam w tej sesji.